środa, 28 czerwca 2017

Małżeństwo po włosku


Nie wiem czy pamiętacie TAKI MÓJ POST , który owiany był tajemnicą… Dziś już mogę o wszystkim opowiedzieć i pokazać, co też tak bardzo zajęło mnie wczoraj i w ostatnich dniach. Dziś jeszcze głowa kiwa się ze zmęczenia, bo do Marradi dotarliśmy w środku nocy, ale już jutro kiedy stres i przejęcie całkiem miną, kiedy tak naprawdę odpocznę, będę mogła odetchąć z satysfakcją, że jedno z moich największych wyzwań roku tak pięknie się udało. 
Oto drodzy Państwo ślub po toskańsku. W sercu Chianti. Radośnie, kolorowo, bez niepotrzebnego nadęcia, ale za to z fantazją jakiej wielu może pozazdrościć. Zamiast limuzyny - skutery, zamiast weselnej sali stół nad basenem udekorowany gałązkami oliwnymi, zamiast hotelu, toskański dom z kamienia, zamiast barszczyku i krokiecika - sery, oliwki, makarony i pizza! Wszystko to podlane toskańskim winem, szczerą radością i wzruszeniami, które na pewno zostaną w sercach na zawsze. 

Drodzy Państwo Młodzi! Kochani Państwo M. jeszcze raz życzymy Wam, by wspólne życie było piękne tak jak wczorajszy dzień!!! VIVA GLI SPOSI!!!!

Za zgodą Państwa Młodych kilka na szybko wybranych zdjęć specjalnie dla Czytelników Domu z Kamienia:



Jeszcze na koniec kilka oficjalnych słów. 
Serdeczne podziękowania dla Gminy Radda in Chianti za przepiękną uroczystość. Bardzo swojską i radosną, która nie miała nic wspólnego z taśmociągiem w "modnych" miejscach (co znam niestety z osobistych doświadczeń). Wspaniałe indywidualne podejście, piękny prezent, uśmiech i czas …
Podziękowanie serdeczne również dla Pani tłumaczki! Ja niestety nie mogłam podjąć się zbyt wielu funkcji na raz i cieszę się, że to właśnie Panią pomogła nam znaleźć gmina! 
Dziękuję też muzykom, dziękuję Pietro i Mario. Każdy przyczynił się do tego, że to wydarzenie, było właśnie takie a nie inne! Wielkie GRAZIE A TUTTI!
Wielkie GRAZIE. 

A może ktoś z Was też chciałby stanąć na toskańskim ślubnym kobiercu? Piszcie śmiało! 
To wcale nie jest takie trudne, a cudowne wspomnienia zostają na całe życie!

wtorek, 27 czerwca 2017

Gitarzysta na scenie



- Włoski byś trochę przyczesał - zwracam uwagę Mikołajowi.
- Czy ty widziałaś, żeby Slash czy James Hatfield mieli przyczesane włoski??? 
- Hmmmm….
- A ty wiesz w ogóle kto to jest James Hatfield? - pyta po chwili z wyraźną nutą prowokacji.
- No wiesz??!!! Twoja matka nie urodziła się wczoraj i nie jest też aż takim ignorantem. Kiedy ja nosiłam koszulkę Metallica, to ciebie nawet w planach nie było! 
- Oj wiem! - mały gitarzysta uśmiecha się przekornie. - Popatrz, on tak ma te włosy… NIEprzyczesane - Kołtuni swoją gęstą blond czuprynę.


To już trzy lata, kiedy Mikołaj pod skrzydłami Francesco doskonali się w sztuce grania na gitarze… A ja pamiętam jeszcze pierwsze saggio! Zagrał jeden z moich ulubionych utworów - Il mio canto libero - Lucio Battisti. Wzruszona byłam wtedy jak wariat. Wzruszona byłam też rok później i wzruszona byłam wczoraj… Bo jak tu się nie wzruszyć? 


I tak patrzę na tego "maleńkiego", "maleńtasa" naszego najsłodszego… Patrzę sercem matki wciąż do szaleństwa zakochanym i myślę sobie - skąd te moje dzieci tak nagle scenę pokochały??? I jedno i drugie na teatralnych deskach jak ryba w wodzie. Tacy bardzo moi, a zupełnie jak nie ja...


Mikołaj rozkochał się w muzyce. Muzyka wypełnia mu dni i serce. Kiedy tylko może, w każdej wolnej chwili - zawsze muzyka! Dużo w tym na pewno zasługi maestro Francesco, który z małego, brzdąkającego nieudolnie chłopca zrobił prawdziwego gitarzystę. 
Mam nadzieję, że ta pasja dalej będzie się rozwijała i mam też nadzieję, że "szczęście do ludzi" nigdy Mikołaja nie opuści. 
GRAZIE FRANCESCO! 


Jeszcze krótka informacja. 
Wybaczcie dziś nie ma mnie dla nikogo. Na maile, wiadomości odpowiem dopiero jutro, kiedy już będzie PO WSZYSTKIM. Wtedy też dodam kilka nagrań z koncertu. 
Proszę Was też o cierpliwość, bo wątpię by jutrzejszy post ukazał się bladym świtem. Tak czy inaczej wyjaśni jaki był cel wiosennej wyprawy do Chianti. 
Czas na mnie. Kciuki mile widziane!
Dobrego dnia.  

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Ostatni czerwcowy tydzień


Podobno od 150 lat w Italii nie było tak upalnego i suchego czerwca. W niektórych miastach odczuwalna temperatura to sporo powyżej 40 stopni. Nawet w Marradi, które zwykle broni się w czasie upałów, termometr przed północą pokazuje 27 stopni. Śpimy pod samymi prześcieradłami, jak na prawdziwe włoskie lato przystało, ale noce są tak duszne, że i prześcieradła momentami zdają się być zbędnym balastem. 
Uwielbiam ten czas. Uwielbiam to palące słońce, ten gorąc piekielny, uwielbiam cykady i spanie pod prześcieradłem. Uwielbiam czerwcowe poranki, kiedy o 6.00 rano wychodzę przed dom, żeby podlać pomidory i już wiem, że nadchodzi kolejny upalny dzień … Bose stopy na kamiennych schodkach...


Ludzie z nizin - z Florencji czy z Romanii uciekają w nasze góry. Parkują samochody na poboczu, tuż przed przełęczą Sambuca, wyciągają biwakowe stoliki, rozsiadają się w cieniu buków, w miejscach najchłodniejszych jakie uda im się znaleźć i siedzą tak z błogostanem malującym się na twarzach z okryciami zarzuconymi na ramiona. Szczęśliwi z faktu odczuwania choć odrobiny chłodu...


Poza gorącem, jest też oczywiście sucho. W Marradi od blisko dwóch miesięcy pokropiło zaledwie kilka razy. W wielu regionach rolnicy mają poważny problem. Trawa na łąkach wygląda tak, jak zwykle w sierpniu, wypalona słońcem, zmęczona latem, a to przecież dopiero początek… 
Pogodowy kwadracik pokazuje, że niby jutro w planie są deszcze i burze, a ja aż drżę na samą myśl, bo JUTRO to zdecydowanie nie jest dzień na taką pogodę! Lepiej, żeby jutro nie padało, choć jak mówią Włosi - sposa bagnata, sposa fortunata...
Nic więcej nie powiem, na szczegóły przyjdzie czas w środę, a tymczasem dziś wieczorem w teatrze koncert z udziałem Mikołaja. Wydaje się jakbyśmy zaledwie wczoraj kupili mu gitarę, a tu już trzecie muzyczne saggio przed nami. Repertuar jak zawsze będzie ambitny. 
Zapowiada się nam bardzo kolorowy tydzień!
Dobrego poniedziałku! 


JEST GORĄCO to po włosku FA CALDO (wym. fa kaldo)

niedziela, 25 czerwca 2017

Bardzo słodkie nie całkiem nicnierobienie


Kiedy ostatni raz przeczytałam więcej niż jedną stronę? 
Raz się zdarzyło, zdaje się, że wysiadł wtedy internet i o Michale Aniele się zaczytywałam. A poza tym jednorazowym wypadkiem  … Wstyd się przyznać! Dawne to były czasy kiedy połykałam trzy książki na tydzień i jeszcze miałam czas, żeby napisać recenzje! W każdym razie wczorajsza sobota dała mi to za czym tak tęskniłam - nielimitowany czas na lekturę. Lekturę przy szumie rzeki, w promieniach słońca i w towarzystwie motyli ... 


Po raz pierwszy od nie wiem jak dawna i nie ma w tym krztyny przesady dzień minął nam na słodkim nicnierobieniu. Może "nicnierobienie" to słowo nieodpowiednie, to znaczy na pewno nie szyte na moją miarę. Powinnam raczej powiedzieć, że sobota minęła nam na słodkich przyjemnościach, o których marzyłam. Była taka, jak być miała i nic bym w niej nie zmieniła… I rowery i lody i dobre jedzenie i wspólna zabawa i rzeka i lektura i nawet na kolację spontanicznie dostaliśmy zaproszenie, ale podziękowaliśmy, bo już sos na kuchni pyrkotał. Rozpieszczanie naszych podniebień, też było ujęte w sobotnim planie i aż się oblizywaliśmy na myśl o carne alla pizzaiola. Tak czy inaczej przełożyliśmy zaproszenie na niedzielny wieczór, bo oto Bar Biforco przywraca swoją letnią tradycję! Niedzielna Apericena!  


- Popatrz! Ładne? - wyciągam przed siebie stopę dumna, że wreszcie i na próżności czas znalazłam i paznokcie nareszcie wyglądają jak z reklamy.
- Ładne - kwituje lapidarnie Mikołaj.
- Nawet nie spojrzałeś! 
- Spojrzałem! Fioletowe!
- Fioletoweee? No wiesz! To lody jagodowe - odpowiadam tonem eksperta od kolorów. 
Mikołaj wytrzeszcza oczy - a co to są jagody? 
Teraz to ja się dziwię:
- Nie mów mi nawet, że nie wiesz co to są jagody!
- Te fioletowe kulki?
- Dokładnie!
- No widzisz! Mówiłem - fioletowe.
***
- Ładne? - tym razem wyciągam przyozdobioną lakierem dłoń.
- Ładne - znów ocenia jednym słowem, ale zaraz dodaje tonem znawcy - bardzo ładne! Fuksja! 
Kurtyna.

Uwielbiam moje dzieci. Uwielbiam nie dlatego, że są moimi dziećmi, tylko dlatego, że są  jacy są. Czas spędzony z nimi jest zawsze czasem wyjątkowym…  

LAKIER DO PAZNOKCI to SMALTO (wym. zmalto)

sobota, 24 czerwca 2017

Letnie niebo


Dziwny to był zachód … Słońce już prawie dotykało apenińskich szczytów, a niebo wciąż nie chciało porzucić błękitu. Jasne, lazurem malowane zupełnie jak za dnia. To pewnie przywilej najdłuższych dni w roku. Teraz dopiero przed 22.00 wieczór zaczyna być prawdziwym wieczorem i mrok powoli ogarnia dolinę. 


To brak kilku ujęć do drugiej części video przygnał nas na Passo della Peschiera. Długo musieliśmy czekać, żeby zachód słońca stał się prawdziwym zachodem. Niebo jakby w ogóle nie miało najmniejszej ochoty ani się różowić, ani rozpłomienić. Ale pięknie było tak czy inaczej ...
Ciepły wiatr giął do ziemi wyschnięte trawy i polne kwiaty, łopotał moją sukienką jak żaglem na pełnym morzu i niósł ze sobą muzykę krowich dzwonków. Spektakl apeniński.



Niebo w końcu się poddało. Jelonki zaczęły wychodzić na polany. Nadszedł czas kolacji. Skubały niewzruszone trawę i pozwalały filmować się do woli. 
Zastanawiałam się rozmarzona ileż niezwykłych poranków i zdumiewających wieczorów daje w prezencie toskańskie lato. 


Przed nami dwa dni relaksu. Żadnych planów, żadnych muszę, tylko my i lato. Może basen? Może rowery? Może rzeka? Lody? Dobra kolacja? Może wszystkiego po trochu… Może coś w Marradi będzie się działo/ Potrzeba mi odpoczynku, chwilowego spowolnienia. Mam nadzieję, że to będzie dobry czas i na wtorek nie tylko baterie w aparacie będą naładowane "na full"! M i N Dotarliście? Gotowi? 


Wczoraj już chyba we wszystkich zakątkach świata dzieciaki pożegnały się ze szkołą, a zatem oficjalnie życzymy Wam wspaniałych wakacji i cudownego lata! 

NIEŚĆ to po włosku PORTARE (wym. portare)

piątek, 23 czerwca 2017

To co się kończy i co zaczyna…


Tak to już jest, że wcześniej czy później wszystko się kończy, a to co miłe i wyczekiwane, jak na złość zdaje się, że mija jakoś szybciej … Goście szykują się do drogi. Ich wakacje dobiegły końca, ale na pocieszenie już przebąkują o październikowych kasztanach. Tęsknota za Marradi jest naturalną konsekwencją wakacyjnych dni.


Wydaje się jakbym zaledwie wczoraj pokazała moje ulubione miejsce nad Santerno, które  w opinii Gości swoją urodą przebiło znane włoskie miasta. Myślę, że ta maleńka plaża z ukrytym zejściem będzie prawdziwą perełką tego lata. Tam właśnie spędziliśmy pierwszy wspólny dzień. A teraz historia zatoczyła koło i plusk Santerno osłodził również ostatni dzień wakacji, wypełniony śmiechem i szaleństwami.


Każdy wyjazd Gości przypomina mi o moich "powrotach". Na chwilę ogarnia mnie rozpacz i panika, a potem oddycham z ulgą … Ja na szczęście już nie muszę nigdzie wyjeżdżać… 
Dwa tygodnie to dużo i mało. Przez dwa tygodnie wiele może się wydarzyć. Można się porządnie opalić, można urosnąć - tak jak mała Zosia, można też bez pamięci zakochać się w Marradi. 


Goście zostali pożegnani w Pianorosso pizzą. Tradycyjnie, tak jak to kiedyś bywało. Ja również zostałam na ten wieczór zaproszona i w taki oto sposób po 10 latach znalazłam się przy tym samym stole. Pod tym samym drzewem. 
Te same kadry, te same widoki, jakby nagle czas się cofnął. 




Jedni Goście odjeżdżają, następni niedługo przyjadą, a tymczasem w Toskanii zaczęły się żniwa. Ponoć zbliża się do nas afrykański upał … Cokolwiek to znaczy. Przecież tak naprawdę już od miesiąca temperatury nie schodzą poniżej 30 stopni. W każdym razie co by nie było - mi w to graj!


ŻNIWA to po włosku MIETITURA (wym. mietitura)

Drukuj