sobota, 24 czerwca 2017

Letnie niebo


Dziwny to był zachód … Słońce już prawie dotykało apenińskich szczytów, a niebo wciąż nie chciało porzucić błękitu. Jasne, lazurem malowane zupełnie jak za dnia. To pewnie przywilej najdłuższych dni w roku. Teraz dopiero przed 22.00 wieczór zaczyna być prawdziwym wieczorem i mrok powoli ogarnia dolinę. 


To brak kilku ujęć do drugiej części video przygnał nas na Passo della Peschiera. Długo musieliśmy czekać, żeby zachód słońca stał się prawdziwym zachodem. Niebo jakby w ogóle nie miało najmniejszej ochoty ani się różowić, ani rozpłomienić. Ale pięknie było tak czy inaczej ...
Ciepły wiatr giął do ziemi wyschnięte trawy i polne kwiaty, łopotał moją sukienką jak żaglem na pełnym morzu i niósł ze sobą muzykę krowich dzwonków. Spektakl apeniński.



Niebo w końcu się poddało. Jelonki zaczęły wychodzić na polany. Nadszedł czas kolacji. Skubały niewzruszone trawę i pozwalały filmować się do woli. 
Zastanawiałam się rozmarzona ileż niezwykłych poranków i zdumiewających wieczorów daje w prezencie toskańskie lato. 


Przed nami dwa dni relaksu. Żadnych planów, żadnych muszę, tylko my i lato. Może basen? Może rowery? Może rzeka? Lody? Dobra kolacja? Może wszystkiego po trochu… Może coś w Marradi będzie się działo/ Potrzeba mi odpoczynku, chwilowego spowolnienia. Mam nadzieję, że to będzie dobry czas i na wtorek nie tylko baterie w aparacie będą naładowane "na full"! M i N Dotarliście? Gotowi? 


Wczoraj już chyba we wszystkich zakątkach świata dzieciaki pożegnały się ze szkołą, a zatem oficjalnie życzymy Wam wspaniałych wakacji i cudownego lata! 

NIEŚĆ to po włosku PORTARE (wym. portare)

piątek, 23 czerwca 2017

To co się kończy i co zaczyna…


Tak to już jest, że wcześniej czy później wszystko się kończy, a to co miłe i wyczekiwane, jak na złość zdaje się, że mija jakoś szybciej … Goście szykują się do drogi. Ich wakacje dobiegły końca, ale na pocieszenie już przebąkują o październikowych kasztanach. Tęsknota za Marradi jest naturalną konsekwencją wakacyjnych dni.


Wydaje się jakbym zaledwie wczoraj pokazała moje ulubione miejsce nad Santerno, które  w opinii Gości swoją urodą przebiło znane włoskie miasta. Myślę, że ta maleńka plaża z ukrytym zejściem będzie prawdziwą perełką tego lata. Tam właśnie spędziliśmy pierwszy wspólny dzień. A teraz historia zatoczyła koło i plusk Santerno osłodził również ostatni dzień wakacji, wypełniony śmiechem i szaleństwami.


Każdy wyjazd Gości przypomina mi o moich "powrotach". Na chwilę ogarnia mnie rozpacz i panika, a potem oddycham z ulgą … Ja na szczęście już nie muszę nigdzie wyjeżdżać… 
Dwa tygodnie to dużo i mało. Przez dwa tygodnie wiele może się wydarzyć. Można się porządnie opalić, można urosnąć - tak jak mała Zosia, można też bez pamięci zakochać się w Marradi. 


Goście zostali pożegnani w Pianorosso pizzą. Tradycyjnie, tak jak to kiedyś bywało. Ja również zostałam na ten wieczór zaproszona i w taki oto sposób po 10 latach znalazłam się przy tym samym stole. Pod tym samym drzewem. 
Te same kadry, te same widoki, jakby nagle czas się cofnął. 




Jedni Goście odjeżdżają, następni niedługo przyjadą, a tymczasem w Toskanii zaczęły się żniwa. Ponoć zbliża się do nas afrykański upał … Cokolwiek to znaczy. Przecież tak naprawdę już od miesiąca temperatury nie schodzą poniżej 30 stopni. W każdym razie co by nie było - mi w to graj!


ŻNIWA to po włosku MIETITURA (wym. mietitura)

czwartek, 22 czerwca 2017

Najdłuższa podróż życia.


Gdybym się dobrze zastanowiła mogłabym precyzyjnie określić dzień, a nawet godzinę... To musiał być 23 czerwca. Po raz pierwszy przyjechałam do Marradi w tamto upalne popołudnie. Popołudnie dokładnie takie jak wczoraj, czy takie jak będzie dziś… Pamiętam zapach lip i ginestre, pamiętam Emilianę, która oprowadzała nas po domu. Pamiętam brzęczące w uszach cykanie cykad. Pamiętam pierwszą kolację i apetyczne tortelli i naszą drogę pod górę z wózkami terkoczącymi po kamieniach. Pamiętam wszystko, minuta po minucie, smak, zapach, kolory. Pamiętam wszystko choć od tamtego dnia mija właśnie 10 lat...


10 toskańskich lat... 6 lat tęsknoty, wyjazdów i powrotów. 4 lata "biforkowe", których mimo trudności nie zamieniłabym na wszystkie luksusy świata! Podróż mojego życia zaczęła się dekadę temu i choć odnalazłam swój prawdziwy dom i osiadłam tu na stałe, to mam wrażenie, że ta podróż nigdy się nie skończyła, że wciąż trwa… 


Każdego dnia odkrywam nowe, choćby zaułek rzeki dwa kroki od domu. Uczę się i poznaję wciąż z tym samym entuzjazmem, z tą samą miłością. Kocham ten mój świat do szaleństwa. Moje życie tutaj jest najpiękniejszą podróżą i mam nadzieję, że będzie nigdy niekończącą się opowieścią...
Zastanawiam się, na ile życiem rządzi przypadek... Czy to, że 10 lat temu byłam w drodze do Marradi zostało mi gdzieś tam w gwiazdach zapisane? Czy może wszystko mogło potoczyć się zupełnie inaczej? 
Może lepiej tego nie wiedzieć...    


Tu dzieci dorosły, tu ja odnalazłam siebie na nowo. Tacy byliśmy dziesięć lat temu: 


A dziś z okazji okrągłej rocznicy taki mały drobiazg, który już od wczoraj można było obejrzeć na fejsbuku. Pomysł podsunął mi Mario i on też pomógł w wykonaniu. 


Część druga już wkrótce.

Dobrego dnia Wam życzę! My dziś będziemy żegnać Gości dniem nad rzeką, nad ulubioną ostatnio przez wszystkich, widoczną na zdjęciach Santerno… 

DZIESIĘĆ to po włosku DIECI (wym. dieczi)

środa, 21 czerwca 2017

Upalna Florencja i różany ogród


Kiedy pociąg sunął tunelami i zielonymi dolinami w kierunku toskańskiej stolicy, skorzystałam z chwili bezczynności na wymianę codziennej, przyjacielskiej korespondencji. 
"Odkrycia czegoś nowego… " - napisała mi A. na wieść o tym, dokąd to mnie nogi niosą.
Pomyślałam, że tym razem będzie to raczej niemożliwe. Jeśli towarzyszę w podróży do Florencji tym, którzy nigdy wcześniej tam nie byli, muszę najpierw pokazać im turystyczne emblematy, miejsca z pocztówek, zabytkowy top. I tak snujemy się od Duomo do Ponte Vecchio, od Palazzo Pitti do Palazzo Strozzi, od Santa Trinita' do Santa Maria Novella itd… itd…
Odkrywanie nieznanego wychodzi mi lepiej, kiedy jestem sama albo kiedy towarzyszy mi ktoś z tubylców i odsłania specjalnie dla mnie nowe sekrety miasta, małe perełki nieznane szerszej rzeszy turystów. To po takich spacerach czuję się tak jakbym posiadła tajną wiedzę.  


Florencja przywitała nas upałem, jakiego można "zakosztować" tylko tutaj lub w kilku innych najgorętszych miastach Italii. Kto nie przyzwyczajony ten cierpi i rozpaczliwie szuka choć skrawka cienia. Ja należę do węższej grupy, tych którzy spacerują w pełnym słońcu i czerpią  z tego dziką radość, a najlżejszy powiew klimatyzacji wywołuje natychmiast gęsią skórkę.


Przeszliśmy klasycznym szlakiem, głaszcząc po drodze nos dzika, zadzierając głowę w stronę florenckiej kopuły, patrząc w odmęty Arno, ocierając się o kolorowe stragany i złote wystawy.  
A potem wszyscy zgodnie przystali na propozycję spaceru aż do Piazzale Michelangelo...


 Uzupełniony zapas wody przed Palazzo Pitti, a potem wzdłuż Arno i zaraz w górę stromymi, krętymi uliczkami. Opuściliśmy mury starego miasta i po kilku ostro złamanych zakrętach znaleźliśmy się na najsłynniejszym "tarasie" Florencji. Widok stąd znają chyba wszyscy, nawet ci, którzy nigdy w Toskanii nie byli... 


Jednak gorąc i wspinaczka na piazzale odarła wszystkich z życiowych sił i nieśmiało pojawiła się propozycja by jednak kierować się już w stronę stacji. 
Nim jednak do niej dotarliśmy, udało mi się znaleźć coś nowego, tak jak życzyła mi A. 


Giardino delle Rose. 
Maleńki park. Ogród różany i nie tylko. Znajdziemy tu bowiem wiele niezwykłych gatunków roślin, fantazyjne fontanny, a obecnie również kolekcję rzeźb z brązu. Hektar ziemi pocięty tarasami,  maleńka oaza spokoju, tuż pod słynnym placem, skąd rozpościera się przepiękna panorama miasta. Powiem szczerze, że zdecydowanie milej podziwiać ją z tej perspektywy, niż z zatłoczonego piazzale.


Na koniec jeszcze tylko na sekundkę nos wściubiłam do jednego z kościołów, bo jakże mogłabym ominąć otwarte wrota?? Jednak o Chiesa di San Remigio napiszę już innym razem, bo dziś czas nagli. 
Nasz florencki dzień, pół - dzień zakończył się ożywczym sorbetem, przez który na stację musieliśmy podążać świńskim truchtem, co tak czy inaczej koniec końców okazało zbyteczne, gdyż i pociąg gorąca chyba nie wytrzymał i w ostatniej chwili zażądał zmiennika.


 Nie pierwszy już raz wysiadając na stacji w Biforco usłyszałam od Gości - w Marradi i tak najfajniej! 
Kocham Florencję, bo jak widać, nawet przelotem, ot tak potrafi człowieka zaskoczyć, ale też nie mogę się nie zgodzić… W Marradi człowiekowi najlepiej!

ZGADZAĆ SIĘ - ESSERE D'ACCORDO (wym. essere dakkordo)

Drukuj