niedziela, 30 kwietnia 2017

Stare czasy, ten sam stół


W tym całym podekscytowaniu, wzruszeniu i radości nie zrobiłam nawet jednego zdjęcia! Ja... Ja, która fotografuję wszystko i wszystkich, drepczę po piętach jak paparazzi, śledzę obiektywem od progu i nie opuszczam na chwilę! Tym razem nic, nawet jednego "pstryk". Nikon pozostał w spoczynku przez cały wieczór. A zatem uwierzyć trzeba na słowo, że Goście szczęśliwie dotarli, że ochoczo do stołu zasiedli, że jak zwykle było wspaniale i wyjątkowo. 

Zaczęło się lat temu naście na warszawskim Grochowie. Ja z brzuchem dziewięciomiesięcznym na trzecie piętro, ona w dół z workiem ze śmieciami. Cześć. Dzień dobry. Nowi sąsiedzi. A u nas też noworodek. Jestem S…  
Któregoś dnia wieczorem pukanie do drzwi, ledwo można je było usłyszeć, bo nasz noworodek tradycyjnie po kąpieli darł się w najlepsze. S. w progu z butelką eliksiru. Może mu wody koperkowej dać? Mojemu pomaga…

A potem zaczęła się wymiana sąsiedzka, z winem, w kapciach, na posiadówkę, na chwilę, na cały wieczór, a noworodki w tym czasie rosły, zaczynały raczkować i w końcu dreptać. Pojawiły się następne noworodki, a wymiana sąsiedzka wciąż kwitła. Noworodki poszły do przedszkola, do szkoły i zaraz pewnie pójdą na studia, bo czas kpi sobie z nas jak umie. Wymiana sąsiedzka skończyła się kilka lat temu, bo już ani my na "trzecim", ani oni na "drugim"… Ale raz do roku przychodzi taka chwila, jak wczoraj, kiedy znów zasiadamy przy tym samym stole co na warszawskim Grochowie. Tylko kuchnia już nie ta i szerokość geograficzna inna i pewnie wszystko wywróciło się do góry nogami, tylko my w tym wszystkim wciąż pozostaliśmy tacy sami, tak samo młodzi jak wtedy, jak w czasach kiedy noworodki były noworodkami.

Dziś zaręczam, że Nikon spokoju nie zazna, bo plan mamy piękny. Czekają na nas Apeniny, nad którymi niebo pięknie od rana się rozpromienia. Dobrego dnia!!

PIĘTA to po włosku TALLONE (wym. tallone)

sobota, 29 kwietnia 2017

Król dowcipów oraz w oczekiwaniu na gości i na toskańskie upały.


- Wiesz jak się nazywa największy battitore delle mani (ten co klaszcze)? - pyta Tomek przy obiedzie.
- Nie mam pojęcia - odpowiadam.
- BATMAN!
- Przyznaj, że to było dobre - śmieje się Mario.
- Tak, to nawet zabawne.
Zastanawiam się czy Tomek w ostatnim czasie (a mam tu na myśli jakieś ostatnie trzy lata) zjadł posiłek bez serwowania innym swoich dowcipów. Musi! Musi! Inaczej się udusi! Zawsze ma w zanadrzu jakąś "barzallettę", a nawet jeśli zdarzy się, że nie przyniósł niczego nowego ze szkoły, to co gorsza sam na poczekaniu wymyśla. 
Już dawno postawiłam sprawę jasno - jesteś moim synem, kocham cię nad życie, ale nie umiem zmusić się do śmiechu, kiedy coś mnie NIE śmieszy. Wiesz, że ja kawałów zwyczajnie nie znoszę!! Spłynęło to po Tomku jak po przysłowiowej kaczce i nawet przez chwilę nie pomyślał by, opowiadanie dowcipów porzucić. A przy kolacji to już w ogóle obowiązkowo! Jeszcze zanim do stołu usiądzie, obmyśla co ma opowiedzieć. Szaleństwo. 
Oczywiście kilka razy zdarzyło mi się zaśmiać, nawet na głos a raz prawie udusiłam się ze śmiechu, ale jak się człowiek nie spodziewa, to tak bywa!

W piątek Tomek wrócił ze szkoły w wyjątkowo dobrym humorze. Stosując się do moich rad, ostatecznie wywalczył sobie jeszcze jedną scenę w szkolnej sztuce. Scenę nie byle jaką, bo w roli, na której najbardziej mu zależało, a zatem sukces - powiedziałabym - podwójny. Cieszę się, że zdobył się, że odważył się zawalczyć o swoje. Mam nadzieję, że nauczył się czegoś nowego.

***

Wiatr ustał, niebo zapas wody wyczerpało i znów w lazury się zestroiło. Niby ciepło jeszcze niesatysfakcjonujące, ale narzekać już nie będę. Mam tylko nadzieję, że w końcu i upały się rozgoszczą i moje białe sukienki będą fruwać po toskańskich łąkach.

Dokupiłam do ogrodu nowy krzaczek rozmarynu i bazylię i pelargonię w niespotykanym odcieniu różu i chyba w końcu posadzę pomidory, bo przecież ile można czekać!!!

***
- Co mamy jeszcze posprzątać?
To i tamto, tu i tam - wydaję komendy jak kierownik robót. Zaglądam w kąty i wszystkie zakamarki, sięgam wzrokiem tam, gdzie normalny wzrok nie sięga. - Goście jadą! Goście jadą! - powtarzam i sama też z zakasanymi rękawami uwijam się jak w ukropie. Dom wielki,  tu zawsze jest co sprzątać. 
A potem - uffff… zrobione… Goście! Goście! Czekamy!

KLASKAĆ to znaczy BATTERE LE MANI (wym. battere le mani)

piątek, 28 kwietnia 2017

Aktualności pogodowe i lokalne i weekend na start i goście jadą i ...


Rzeka przybrała na sile. Nawet w mroku wczesnego poranka widać jaka jest napęczniała i naburmuszona. Dwa dni deszczu zrobiły swoje. Niby dziś miało się wypogodzić, ale to "dziś" być może nie dotyczy poranka. Nieprzyjazny wiatr targa czym popadnie, ciemne chmury przegania po nieobudzonym jeszcze niebie, huczy i śwista, smaga zewnętrznymi zasłonami i strugami wody…
Dobrze, że w tym wszystkim jeszcze ciepło jako tako się trzyma


Deszcz oczywiście był potrzebny, bo mówili, że ziemia była spragniona. O suszy trąbiły media, siejąc panikę wśród rolników, prognozując nieurodzaj. Ale teraz basta! Popadało konkretnie i niech te dwa dni wystarczą, bo oto nasi następni Goście za kilka godzin ruszają w drogę i nie wypada, by Marradi witało ich nietoskańską pogodą. 
Kamiennym Dom znów się pucuje, poleruje i kuchnię rozgrzewa, by stałych bywalców powitać jak umie najładniej. 


Uczciwie przyznam, że dzień deszczowy - od czasu do czasu - poza samym nawadnianiem, na coś jeszcze się zdaje… Wczorajsze siedzenie w domu wykorzystałam na zaległości i dziś w zakładkach powyżej znajdziecie już trochę informacji o Marradi i okolicach. Przede wszystkim "gdzie jeść" i "rozkład jazdy" największych lokalnych fest. Wiem, że niektórzy już się na mnie obrazili, za tak długą ciszę, ale wierzcie mi czasem trudno znaleźć mi chwilę, żeby choć odpisać na zwykłą wiadomość. Czasem ze zmęczenia gadam głupoty, pędzę jak głupia, by sprostać obowiązkom. Jeśli więc tak długo niektóre zakładki pozostały puste, to nie dlatego, że nie mam szacunku do Czytelnika, tylko dlatego, że czasem zwyczajnie brakuje czasu, nawet na zjedzenie śniadania. 
W każdym razie czas deszczowy spożytkowałam blogowo i mam nadzieję, że już się nikt na mnie nie będzie obrażał, a niektórzy być może dadzą się skusić marradyjskim krajobrazom, marradyjskim festom, marradyjskim smakom. 

Wracam do obowiązków, a pod nosem będę zaklinać słońce i lazur nieba. Długi weekend już za chwilę czas start, więc i Wam tego słońca życzę! Zdjęcia nie współgrają z tym co za oknem, ale tak jest zdecydowanie lepiej. 

PUSTY to po włosku VUOTO (wym. wuoto)

czwartek, 27 kwietnia 2017

Kwietniowa Lucca. Dzień bardzo wyjątkowy.



Z Koronkowego Notesu, 26 kwietnia 2017 roku 
Lucca, bar blisko San Romano

Dzieci są na koncercie. Łapię chwilę pomiędzy próbą, a właściwym występem. Pędzę na łeb na szyję wąskimi uliczkami, głodna nowych kadrów, zachowuję łapczywie jedno ujęcie po drugim. Myśli galopują, synchronizują się z krokiem… Samotna dziewczyna w opustoszałej uliczce, grupa wycieczkowa przed domem Pucciniego, kolorowe parasole, mokra posadzka, żółte fasady, zielone okiennice, pusty kościół, rowery na każdym kroku oparte o palazzi, bramy, hydranty. 
Jak się tym wszystkim nie zachwycić???
Znalazłam "mój" plac z platanami - Piazza Napoleone… Ile to wtedy chłopcy mogli mieć lat? 5 i 3? Chyba tak… Zatrzymaliśmy się w Lucce w drodze do albo z Viareggio. Było gorąco, a Tomek miał na sobie koszulkę z długim rękawem, bo to była jedyna czysta rzecz ocalała po zwróconym śniadaniu. 
I gdyby mi wtedy, gdy fotografowałam chłopców jedzących lody u stóp katedry, ktoś powiedział, że za lat osiem czy dziewięć wrócimy tu w roli - oni jako szkolny marradyjski chór, a ja jako fotografująca mama, roześmiałabym się w głos! Takie rzeczy nie dzieją się naprawdę….


Przekleństwo bycia "nieturystką", choć paradoksalnie, w pewnym stopniu zawsze nią będę. Ale jeśli chodzi o jedzenie, to trudno mi znaleźć sobie miejsce. Tu nie takie wnętrze, tam nie tacy ludzie, nie to menu, nie te ceny. Błądziłam, błądziłam, nosem kręciłam, aż w końcu trafiłam tu, gdzie jestem. Blisko stąd do San Romano. Bar jak bar, ale na ladzie te świeże, pachnące pizze... Wzięłam kawałek "pizza bianca" z czarnymi oliwkami i kieliszek wina. Ot, żeby coś przekąsić i dotrwać do wieczora. Usiadłam przy małym stoliczku, ściągnęłam z szyi nikona niczym żołnierz, który składa broń. Wyciągnęłam koronkowy notes i cieszę się moją samotną chwilą …
Myślę o moim samotnym spacerze, o tym moim samotnym obiedzie i o kawie przy której rozmawiam w myślach tylko sama ze sobą. Tak mi dobrze, tak dziś inaczej...
A potem wracam na ulicę. Jeszcze chwilka do rozpoczęcia koncertu, jeszcze przez moment pocieszę się tym moim obserwowaniem życia Lukki w pojedynkę. Może częściej powinnam wymykać się na takie spacery ...








Grunt to chwytliwa reklama:) Albo antyreklama:))) Tak czy inaczej chwytliwa!
26 kwietnia na zawsze pozostanie nam w pamięci. Tak się złożyło, że klasa Tomka i Mikołaja wystąpiła razem na scenie. Bardzo byli uradowani tą wspólną wycieczką. W auditorium San Romano zaprezentowały się też inne toskańskie szkoły. Piękne wnętrze, niezapomniane wrażenia. Przeżycia, które mam nadzieję zostaną w chłopcach na całe życie. We mnie na pewno… 


CHÓR to po włosku CORO (wym. koro)

środa, 26 kwietnia 2017

Sangiovese w Modiglianie i kilka pomniejszych radości


Po tym jak w sobotę udało mi się namówić Mario na wyprawę do Cervii i oglądanie latawców, co w rezultacie okazało się propozycją - strzałem w dziesiątkę, postanowiłam iść za ciosem i przedstawić kolejny plan. Plan na niedzielę. W sąsiedniej Modiglianie już od soboty trwała festa di sangiovese… 


Sangiovese jest winoroślą, która wywodzi się ze środkowej Italii. Pierwsze zapiski o tym szczepie pochodzą z XVI wieku, ale nie wyklucza się, że był uprawiany już w czasach Etrusków. To chyba najpopularniejsza z czerwonych odmian i wchodzi w skład najbardziej znanych włoskich win - Chianti, Brunello di Montalcino, Vino Nobile di Montepulciano. Z racji tego, że Marradi znajduje się blisko granicy z Emilią - Romanią, na naszym stole gości bardzo często Sangiovese di Romagna, które w ostatnich latach zaczyna być naprawdę doceniane. 


Oczywiście jak na każdej takiej feście poza głównym bohaterem, jest kolorowa paleta atrakcji wszelkiej maści. Można zjeść wedle gustu - albo porcję tagliatelle albo skromniej kanapkę z pancettą czy kiełbasą, kupić torebkę, garnek, czy też wędkę, zjeść lody bądź watę cukrową, posłuchać muzyki na żywo, posmakować specjałów lokalnych i tych, które przyjechały z daleka.



My oczywiście wypiliśmy sangiovese, zjedliśmy po kanapce, posmakowaliśmy serów najprzedniejszych, pokręciliśmy się między straganami, przysiedliśmy na słonecznym placu na lody, a potem...


A potem zachciało mi się łąk zielonych …
Podjechaliśmy zatem na Grisigliano, skąd rozpościera się jeden z moich ulubionych widoków. Morze pagórków bez końca, zieleń wiosenna bez granic, cud najprawdziwszy, moja Toskania, serce mojego Appennino Tosco - Romagnolo …


I nie był to jeszcze koniec niedzielnych przyjemności! 
- Principessa!!! - miły głos wołał z zewnątrz.
- Mamusiu przyszła Ellen!
- Skąd wiesz? 
- Bo tylko ona nazywa cię "principessą".
- Buona sera principessa - powitaniu towarzyszył jak zawsze serdeczny uśmiech.
- Buona sera contessa - odpowiedziałam w typowej dla nas konwencji i pobiegłam zaraz po butelkę prosecco.
Aperitivo rozciągnęło nam się na kolację i na "pokolację". Tak dobrze, tak swojsko, tak serdecznie. Moje małe wielkie radości. 


Z wczoraj:
 - Zobacz ile komentarzy! Ja już dawno tyle nie miałam! Gratulacje!
- I nikt nie napisał nic złego?
- Nikt.
- A gdyby tak było, pokazałabyś mi?
- To zależy. Jeśli komentarz jest konstruktywną krytyką warto wziąć go sobie do serca, tak się człowiek uczy, ale jeśli ma na celu zrobienie ci jedynie przykrości, to nie ma sensu w ogóle się tym przejmować.
Tomek jeszcze raz bardzo dziękuje za tak życzliwie przyjęcie jego blogowego debiutu i jak tylko wróci, na pewno napisze osobiście. 
A dziś przed chłopcami wyjątkowe wydarzenie, ja sama też tam będę, dlatego już zmykam, bo droga dosyć daleka. 
Dobrego dnia!

POKRĘCIĆ się to znaczy GIRARE (wym. dżirare)

Drukuj