środa, 31 maja 2017

Następny majowy Jubilat


Zwykłe codzienne obowiązki wciąż przeplatają się ze sportowymi. Dopiero w piątek po północy, kiedy skaczące motory wyłączą silniki, wszystko wróci na stare tory. Tymczasem dziś zajęcia szczelnie wypełnią mi grafik i już od wczoraj łamię sobie głowę, kiedy w tym kołowrotku znaleźć chwilę czasu na małe świętowanie… Po tort muszę śmignąć do Marradi ... żeby tylko był taki jaki wszyscy lubimy. Nie mogłam wcześniej zamówić, bo we wtorki zamknięte, a w poniedziałek zwyczajnie zabrakło olśnienia. No nic, będzie jak będzie. Chciałabym uczcić urodziny Mario tak, jak na to zasługuje. Choć w skromny sposób podziękować za to, co każdego dnia dla nas robi. 


Za bycie niańką, szoferem, pizzaiolo, ogrodnikiem, konserwatorem, pogotowiem medycznym, czasem workiem treningowym, zaopatrzeniowcem, tragarzem i przede wszystkim za bycie Przyjacielem, tym prawdziwym przez duże P … bardzo dziękujemy. 

Możemy prowadzić ożywione dyskusje w kwestiach tak banalnych jak gotowanie jajek na twardo, ba! Możemy się o to nawet pokłócić nie na żarty. Możemy dyskutować na poważne tematy, możemy się zgodzić lub nie. Cokolwiek by się jednak nie działo wiem, że na Mario zawsze mogę liczyć. Nie raz już to udowodnił. Nigdy nie zawiódł. Grazie Mario. Grazie di cuore.  


Kiedy na początku naszej znajomości, a będzie to już niedługo dziesięć lat, Mario zdradził nam swój wiek, nikt nie chciał uwierzyć. Nie było wyjścia - musiał się wylegitymować. Dowód osobisty nie kłamał, ale tak czy inaczej trudno było Mario o taki wiek posądzić. 
Lata mijają, ludzie się starzeją, Mario oczywiście też, ale wciąż wszyscy się dziwią, kiedy na pytanie "gdzie pracuje?" - odpowiada "jestem na emeryturze". 
To nie biała broda świadczy o wieku, ale to jak żyjemy, jacy jesteśmy, to serce i umysł, które czasem wciąż pozostają młode, nawet jeśli pajęczyna zmarszczek coraz bardziej się zagęszcza.
         TANTISSIMI AUGURI GIOVANOTTO!!!!

DOWÓD OSOBISTY to po włosku CARTA D'IDENTITA' (wym. karta didentita')

wtorek, 30 maja 2017

Zwiastowanie lata i życiowe nauki


Ani zapach koszonych traw, ani czereśnie na drzewach, ani stragany owocowe kipiące melonami, ani maki jak piegi coraz bardziej złotych łanów, ani mury domów po zmroku buchające ciepłem jak piece… Nic nie jest w stanie zapowiedzieć lata w tak oszałamiający sposób, w jaki robią to lipy … Zapach lip, najsłodszy z najsłodszych, toskański, dla mnie marradyjski, letni… Jedyny w swoim rodzaju. Powtarzam się. Dziś jak najbardziej świadomie i z premedytacją. Jak każdego roku. Ta słodycz jeszcze nie w Marradi, tylko w Brisighelli, tam jest niżej więc wszystko dzieje się odrobinę wcześniej. 
Wysiadam przed barem, przed którym ciągną się długim szpalerem drzewa pod niebo wysokie, korony w kwiatach, w pszczół muzyce. Zapach… Ach ten zapach… Oszaleć można…


Ostatni tydzień to jakieś 1500 zdjęć, a jesteśmy dopiero w połowie. Ostatni tydzień to też pierwsze plażowanie nad rzeką i pierwsze kolacje w ogrodzie przy "świętej Barbarze". Ostatni tydzień to kilogramy zjedzonych czereśni, schłodzone prosecco, spieczone słońcem czoło i ramiona. Ostatni tydzień to też moje małe wielkie osiągnięcie w dziedzinie zupełnie niepozornej... 
Oto udowodniłam sobie samej, że nawet ja potrafię nauczyć się mówienia słowa NIE. Zajęło mi to czterdzieści lat … Trochę sporo, ale... Na szczęście wyszło na to, że nie jestem przypadkiem tak całkiem beznadziejnym. Nie wiem czy to wynika z wieku, z sytuacji, z doświadczeń minionych lat, w każdym razie poczytuję to sobie za naprawdę ogromny sukces i cieszę się w duchu, głęboko oddycham i odkrywam jak ważnym doradcą jest własna intuicja.
I tak sobie myślę i filozofuję na głos - "po co w ogóle otwierają się przed nami pewne drzwi, po co są nam dane możliwości, których koniec końców lepiej nie wykorzystywać?" Jedyne logiczne wytłumaczenie jakie przychodzi mi do głowy to właśnie to - abyśmy nauczyli się podejmować słuszne decyzje i kiedy trzeba powiedzieli po prostu "NIE".

Uczę się. Nie przestaję się uczyć. Tyle jeszcze nauki przede mną...


WYTŁUMACZENIE to po włosku SPIEGAZIONE (wym. spiegacjone)

poniedziałek, 29 maja 2017

Nie po drodze


Festa dello sport potrwa do piątku, ale już nie mam zamiaru męczyć nikogo sportowymi relacjami, bo koniec będzie taki, że zanudzę wszystkich i nikt już nie będzie tu zaglądał. 
Poza festą życie przecież toczy się zwyczajnym rytmem, to życie normalne, codzienne, które lubię najbardziej, choć jak zawsze podkreślam - mówienie o moim życiu "zwyczajne", "normalne" wydaję się dużym niedopowiedzeniem. Żyję w miejscu, w którym nawet szara codzienność maluje się najpiękniejszymi kolorami, a poza tym, to co robię sprawia, że na mojej drodze spotykam niezwykłych ludzi… Wśród niezwykłych ludzi życie nigdy nie będzie zwyczajne...


Każde spotkanie z Czytelnikami jest dla mnie niezapomnianym wydarzeniem, wzruszeniem, karteczką do słoika. Być może nie widziałabym w tym nic szczególnego, gdyby było do mnie "po drodze", ale przecież nie jest! Nie mieszkam na trasie turystycznej. Aby dotrzeć do Kamiennego Domu od strony Toskanii trzeba pokonać godzinną trasę niezliczoności zakrętów, a mimo to niektórzy poświęcają jeden dzień swoich wakacji, aby się spotkać, porozmawiać, zobaczyć Marradi, wypić kawę, zjeść obiad, poznać Mario i zachwycić się jego domem.


Mario się dziwi i w ciszy kiwa głową. Chyba nie do końca rozumie - "a dlaczego?", "a co takiego jest w Domu z Kamienia", "ale ot tak poznać cię?". Chyba nawet ja sama wciąż zamknięta w mojej nieśmiałości nie potrafię tego zrozumieć, bo czasem wydaje mi się, że nadal jestem tą małą dziewczynką z Pragi, na którą nikt nie zwracał uwagi. 

I oto siedzimy nad rzeki szumem przy Santa Barbara… Znamy się i nie. To znaczy Wy mnie tak, ja Was ani trochę… Ale rozmawiamy tak, jakbyśmy się sto lat znali, jest życzliwość, szczery uśmiech, naturalność. Nie ma ciszy, niezręczności, skrępowania. Jest tak zwyczajnie - niezwyczajnie...


Najpiękniejsze jest w tym wszystkim to, że zwykle te spotkania mają swój ciąg dalszy. Piszecie, pozdrawiacie, pamiętacie w święta i poza nimi, nie zniechęcacie się choć ja w swojej gonitwie tak bardzo jestem na bakier z regularnością w korespondencjach. Wielu z Was do Marradi powraca, zachęceni, oczarowani decydujecie się porzucić turystyczny szlak. 
Dziękuję z za czwartkowe spotkanie, za niezwykły czas i cóż powiedzieć … Pieczone kasztany smakują w Marradi wyjątkowo:)


CZASEM to po włosku A VOLTE (wym. a wolte)

niedziela, 28 maja 2017

Jeszcze się taki nie urodził!


Kulminacją sobotnich sportowych zmagań i popisów był na pewno ultramaraton przebiegający przez Marradi. Nasze miasteczko znajdujące się na 65 kilometrze, tak jak w zeszłym roku postanowiło wylewnie biegaczy przywitać i dopingować. Na tę okazję zaproszeni zostali sbandieratori, była muzyka na żywo, stand gastronomiczny i całe mnóstwo atrakcji dla przybywających i dla mieszkańców, którzy bawili się do nocy.


To co działo się w ciągu dnia, a działo się dużo - wędkowanie, balet, gimnastyka artystyczna - pokażę w następnych dniach. Opowiem też o tym, co było potem - o Alicji w Krainie Czarów i o tym, w czym swoich sił próbował Tomek. Dużo mi się w głowie opowieści nazbierało, w całym "festowym" zamieszaniu nie opowiedziałam jeszcze o przemiłych odwiedzinach i nowych znajomościach. Ale to zaraz, zaraz, na spokojnie… 
Teraz jak reporter na posterunku pokazuję Wam moje ulubione migawki. Po pierwsze kolorowi sbandieratori z Faenzy. Ich tańce i wywijanie flagami będą dla mnie zawsze jednym z najbardziej typowych włoskich obrazków. Mogłabym tak stać i podziwiać bez końca.  


Sbandieratori zademonstrowali swoje umiejętności, a potem ustawili się na placu wzdłuż trasy biegu. Zaraz za nimi rozciągnął się dłuuuugi szpaler dzieciaków i wszyscy gorączkowo zaczęli wypatrywać … Calcaterry! "Szpiedzy" donosili, że NIEPOKONANY znów jest na czele i właśnie zbliża się do Marradi.


Człowiek z żelaza, cyborg, niezwyciężony! Znów ten uśmiech, znów ta lekkość do pozazdroszczenia. Przemknął przez Marradi jak ktoś, kto właśnie wystartował, bez cienia zmęczenia… 
Widać jeszcze się taki nie urodził, co mógłby Calcaterrę pokonać. Około 22.00 dotarły do nas informacje, że po raz dwunasty z rzędu sięgnął po zwycięstwo zapisując się tym samym w historii biegu jako człowiek - legenda. Na przebiegnięcie 100 km z różnicą wysokości blisko 900 metrów potrzebował zaledwie 7 godzin i kilku minut.  








W odstępie kilku minut za Calcaterrą pojawili się następni, w tym na czwartej pozycji Marco, który jako "człowiek stąd" szczególnie wylewnie witany  był przez marradyjczyków. 



Owacje witające kolejnych uczestników wybuchały regularnie, nawet wtedy, kiedy większość mieszkańców zasiadła przy stołach i z apetytem zajadała polentę z ragu'. Zabawa trwała dalej, muzyka niosła się do późnych godzin. 
Nie czekaliśmy końca imprezy, tylko o 23.00 ruszyliśmy w kierunku domu. Ruch na drodze panował niecodzienny. Samochody i płynąca w ciemności rzeka "świetlików"... Biec za dnia jest zdecydowanie łatwiej, ale ukończyć bieg nocą, kiedy już owacje cichną, kiedy człowiek jest sam na sam z drogą to wyzwanie dla najsilniejszych. 



Pierwsza kobieta przebiegająca przez Marradi - na 6 albo 7 pozycji.

Mikołaj do końca dopingujący maratończyków.



A dziś zmagań sportowych ciąg dalszy. Przed Mikołajem ostatni w tym sezonie turniej. Dobrej niedzieli!

DWANAŚCIE to po włosku DODICI (wym. dodici)

Drukuj