poniedziałek, 19 czerwca 2017

Goście na górskich ścieżkach - letnia odsłona Ca' di Cicci


Na Sambuce gorąc nie był wcale taki dotkliwy. Niektórzy ze mną na czele zaczęli nawet przebąkiwać, że być może za lekko się ubrali… Wrażenie było jednak chwilowe, bo już po kilku krokach i pierwszym podejściu głosy mówiące o chłodzie zamilkły, a w drodze powrotnej, kiedy słońce rozgrzało, rozpaliło się na dobre nikt już tego początkowego chłodu nawet nie pamiętał…


Goście mieli ochotę na górską wyprawę, a zatem po dłuższym namyśle - bo to zawsze trzeba dopasować się do potrzeb i możliwości całej grupy - zaproponowałam jeden z moich ulubionych szlaków - trasę do Ca' di Cicci...


Czerwiec, niedziela, dzień wściekle gorący … Droga, nim dojechaliśmy na miejsce, oblepiona była pojazdami wszelkiej maści. "Piknikowicze" stacjonowali na każdym zakręcie. Pomyślałam przez chwilę, że może to nie był szczęśliwy pomysł z wyborem akurat tego szlaku… Wyobrażałam sobie kamienną chatkę z chaosem panującym dookoła i nas jedzących gdzieś na kamieniu, na kolanie, byle jak. Tymczasem...


Przez całą trasę spotkaliśmy tylko parę starszych wędrowców, którzy pozdrowili nas serdecznie, a poza nimi jedynymi towarzyszami wyprawy były motyle i umykające w popłochu jaszczurki… A tych motyli chmary całe, bo i kwiatów zatrzęsienie - fioletowe, białe, żółte, lila, niebieskawe… 
Byłam tu niespełna dwa miesiące temu, a świat tak się zdążył przeobrazić. Zieleń bujna wykipiała odcinając niemal dojście do Pian dell'Aiara. I sama Ca' di Cicci jakaś taka jeszcze mniejsza niż zwykle się w tym gąszczu wydała… 
Wciąż jednak zachwycające, wciąż mnie to miejsce zadziwia. Będę koniecznie musiała wrócić tu jesienią, kiedy buki zrobią się "w podeszłym wieku"...

Pian dell'Aiara
Kwiaty we włosach...
Kwiaty na łące...
Czy komuś było chłodno dwie godziny wcześniej?
Zbawienny kawałek cienia!!

Spędziliśmy leniwe popołudnie, choć oczywiście okupione lejącym się potem. Wracaliśmy w słońcu palącym niemiłosiernie i znów spotkaliśmy starszych wędrowców.
Po krótkiej rozmowie i wymianie informacji o szlakach kobieta zmylona towarzystwem mówiącym w nieznanym jej języku zapytała:
- Jesteście cudzoziemcami? Tak dobrze mówisz po włosku!
- Tylko ten akcent "straniero", prawda? - uśmiechnęłam się.
- No właśnie nawet nie tyle "straniero", co "strano". Nie umiałam go zlokalizować na językowej mapie.
Uwielbiam takie chwile! Momenty, kiedy mój akcent nie zdradza pochodzenia są dla mnie  - językowego fascynata - największą nagrodą i wyróżnieniem. 
Pożegnaliśmy się serdecznie i ruszyliśmy dalej.


Czekał na nas wodospad Presia i lody w Palazzuolo. 
A ja nie wiedziałam jeszcze, że całkiem niespodziewanie, nim zajdzie słońce, ktoś mnie odwiedzi i wieczór zakończy się tak kolorowo, w doborowym towarzystwie. Każda chwila z Contessą i Lexem jest niebanalna! A historii miłości słucha się zawsze z zapartym tchem… Grazie Ellen. 


DZIWNY to znaczy STRANO (wym. strano)

Ps. Wybaczcie opóźnienia w publikacji postów, ale w czasie wakacji rytm nasz jest zupełnie inny… Dziękuję za wyrozumiałości i życzę Wam dobrego tygodnia.

1 komentarz:

Drukuj