czwartek, 31 sierpnia 2017

Sierpień schodzi z afisza


Brunatnymi bruzdami naburmuszyła się ziemia. Ta sama ziemia, która tak niedawno falowała zielonym morzem. Czas zaznaczył się słodyczą w fioletowych kiściach. Sierpień schodzi z afisza i mimo woli, chciał czy nie chciał, smutek zakrada się pod skórę, a żal dotkliwie gniecie w dołku… 
- Która godzina?
- Dochodzi dwudziesta.
- Popatrz … ile już dnia ubyło...


Ubyło dnia i zaraz ubędzie ciepła. Chyba dziś afrykański gorąc już się z nami pożegna. Niekoniecznie na amen, bo nie raz morskich kąpieli zażywaliśmy we wrześniu, ale jednak żal, bo tak bardzo przyzwyczaiłam się do lekkości białych sukienek, do wieczorów nieokrytych, do skraplających się kieliszków spritza, do dzieci w domu, do "bez pośpiechu", do brzoskwiń, melonów, arbuzów, do obiadów na zimno i kolacji na "letnio". Ileż bym dała by cofnąć czas do 9 czerwca...


Czy to już czas na podsumowanie? Chyba tak. Ale zrobię to jutro - będą podziękowania, wspomnienia, sentymenty i sporo zdjęć. Już dziś jednak mogę napisać, że to było wyjątkowe lato... 


Wyjątkowe i lato i wyjątkowa wiosna i niezapomniany czas w Kamiennym Domu. Mam nadzieję, że do nas wrócicie, że Marradi będzie miało coraz więcej zwolenników. 
*** 
Tomek zagląda mi przez ramię i czyta.
- Nie martw się - pociesza - zima też będzie wyjątkowa.
Oby miał rację. Ale nim nadejdzie zima, z drzew spadną najpierw kasztany a Dom z Kamienia znów wypełni się gwarem. Gwarem jesiennym, posezonowym...


MIEĆ RACJĘ to po włosku AVERE RAGIONE (wym. awere radżione)

środa, 30 sierpnia 2017

Wypis


Wszystko powoli wraca na stare tory…
Ku radości i uldze wszystkich wieczorem Mario zasiadł z nami przy stole. Szczęśliwy opuścił szpitalne mury i wrócił na marradyjskie łono. Jako suvenir po tej przygodzie przyjechała z nim cała dokumentacja i torba leków. I tu zaczęła się zabawa… 
- Nie rozumiem … (tu niecenzuralne słowa) - Mario przeglądał wszystkie kartki i tylko kręcił głową. Wybebeszał pudełka z pastylkami i wyrokował jak to dopiero po nich będzie się źle czuł.
- Lepiej zostaw to mnie. Zaraz wszystko rozszyfruję - Znam Mario nie od dziś i wiem, że lekarstwa to nie jest to, co lubi najbardziej.
Po godzinie wiedziałam już, co się bierze rano, co w południe, co wieczorem, co przed jedzeniem, co po, co jest na co i po co … Przestudiowałam zalecenia odnośnie diety i stylu życia i cały wypis i historię choroby. Zdziwiłam się i szczerze mówiąc już zgłupiałam, bo na kartce jak wół napisane infarto i to nawet "acuto" co znaczy ostry zawał. 
Mogę powiedzieć, że przez ostatnie dni znacznie wzbogaciło się moje włoskie słownictwo w dziedzinie medycyny. Nawet słowotok lekarzy naszpikowany naukowymi terminami, nie jest już dla mnie enigmą. 
Staram się patrzeć na wszystko od dobrej strony, nawet w tym co złe znaleźć coś pozytywnego… 
Zawarliśmy w szpitalu nowe znajomości, Tomek pokazał, że jest jeszcze bardziej dorosły i bardziej odpowiedzialny niż myślałam, Mikołaj zadziwił wielkim sercem, a Mario chyba zrozumiał, że tak jak my możemy zawsze liczyć na niego, tak i on może liczyć na nas. Przyjaźń jest przyjaźnią jeśli działa w dwie strony. 
I jeszcze jeden pozytyw - może po tym wszystkim Mario przestanie sięgać po papierosy… Może! Czas pokaże, na jak długo zapamięta tę lekcję.

Tymczasem Dom z Kamienia opustoszał. Dziwnie było siedzieć przy kolacji i nie słyszeć za plecami głosów przechodzących gości życzących "Smacznego!". Tak czy inaczej zapowiada się, że jesień będzie też pełna wrażeń, bo oto już się październikowy kalendarz szczelnie wypełnia powrotami i nowymi odwiedzinami.

 Dobrego Dnia!

OSTRY to ACUTO (wym. akuto)


wtorek, 29 sierpnia 2017

Deszcz i przywiązanie


Po południu nad Biforco nadciągnęły chmury i co niezwykłe patrząc na ostatnie cztery miesiące przyniosły ze sobą odrobinę deszczu. Ciepły sierpniowy deszcz, którego ziemia jest tak bardzo spragniona. Przez chwilę wydawało się, że powietrze zrobiło się bardziej ożywcze, jednak kiedy szłam opustoszałą szosą w stronę Marradi, gorąc znów przebił się przez wilgoć. Tropikalna wilgoć, którą zagarnął ze sobą dopiero mrok nocy... 


Wschód obudził się różowy i gdyby nie to, że w tym czasie prowadziłam "skypową" lekcję, na pewno wyszłabym z nikonem na krótki spacer. Teraz już różowa łuna ustąpiła miejsca lazurowi i zapowiada się nam kolejny słoneczny dzień. Media donoszą, że przed nami ostatnie dni afrykańskiego ciepła. Od piątku aura się zmieni i to nawet dobrze, mam tylko nadzieję, że te zmiany nie będą zbyt gwałtowne i ulewne, bo właśnie 1 września zaplanowana jest w Biforco wielka festa z okazji naszej wygranej w Graticoli. Taki to już zwyczaj, że zwycięski rione organizuje przyjęcie dla wszystkich. 
Tak czy inaczej wody nam trzeba, bo pod lipami przy drodze do Marradi nie widać jeszcze żadnych cyklamenów. Nic tylko żółte wypalone trawy i pierwsze opadłe liście. Nie wyobrażam sobie toskańskiego września bez fioletowych dywanów … 


Tymczasem wciąż jeździmy do szpitala, a w czasie tych pobytów Mikołaj nie odkleja się od Mario. Opowiada co robił, gdzie był i co widział, o zerwanym wiadrze dryfującym na rzece, kiedy podlewali pomidory i o rozbitej masce do nurkowania… Opowiada i opowiada... Co jakiś czas tylko mocniej za szyję ściska, w oczy zagląda, jakby chciał się upewnić, że to co złe minęło i Mario na drugi świat jeszcze się nie wybiera.
Na dowód tego, że pacjent ma się dobrze i za jego zgodą zostawiam Wam zdjęcie z tych wzruszających momentów.  

Dobrego wtorku! Ostatniego sierpniowego wtorku 2017…

CO JAKIŚ CZAS - to po włosku OGNI TANTO (wym. oni tanto)

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Odcienie dorosłości i ostatni Goście


Wizyta w szpitalu dopóki Mario nie wróci do domu jest teraz stałym elementem dnia. W niedzielę zabieram ze sobą Mikołaja. Tomek zostaje w domu, sam przyznaje, że brakuje mu odwagi, a ja nie namawiam. Mikołaj natomiast upiera się, że chce uściskać Mario i chyba przekonać się na własne oczy, że już jest wszystko dobrze. Dzieci bardzo przeżyły całe to wydarzenie… Chyba nawet bardziej niż bym przypuszczała. 


Ogląda Mikołaj wenflon i każdy kabelek, słucha z otwartymi szeroko oczami opowieści z OIOMu, patrzy nieśmiało na innych pacjentów i dopiero do mnie dociera, że on tak naprawdę po raz pierwszy jest w takiej sytuacji, po raz pierwszy dorosłymi oczami widzi szpital od środka i tych wszystkich chorych ludzi. 


- Jak się czuje Mario? - pyta Tomek jak tylko wracamy do domu.
- Już dobrze.
- Ufff… Pozmywałem, pozamiatałem, pościeliłem łóżko.
- Zuch! Dziękuję!
- Nawet ten garnek umyłem.
- Kochany jesteś. Ugotujemy coś razem?
Gotuje Tomek, ja tylko podpowiadam, uczę, pomagam. Taka niby nic nie znacząca chwila, ale nagle odzyskuję spokój. Widzę jak Tomek krząta się przy palnikach, kroi pomidory, wrzuca na patelnię kapary i oliwki, miesza smakuje, sam swoją pracę zachwala. Taki jest już dorosły...
- Dodam peperoncino? A może dwa?
- Jedno, inaczej Mikołaj nie da rady. 
Wszystko będzie dobrze. Nagle ogarnia mnie przekonanie, że inaczej być nie może. Musi być dobrze

Wieczorem przygotowuję kolację dla Gości. Tonno e fagioli, melon z prosciutto, sery i troffie  z sosem bakłażanowym. Nie zrobiłam nawet jednego zdjęcia
Zastaje nas noc przy stole, ale jest tak miło, że z żalem idziemy spać.  I ten pobyt dobiega końca i zaraz Dom z Kamienia po raz pierwszy od dwóch miesięcy na dłuższą chwilę opustoszeje. Kończy się letni sezon, ale już z końcem września zawitają do nas kolejni Goście

DOBREGO TYGODNIA!  

niedziela, 27 sierpnia 2017

Raport o pacjencie i finisz marradyjskiego lata


Pacjent powoli wraca do zdrowia. Po wczorajszym porannym spadku formy, zaczyna być tylko lepiej. Ostatecznie też najważniejsza wiadomość - serce nie ucierpiało. Paradoksalnie szalona decyzja Mario, by samemu dojechać na pronto soccorso w Marradi, zamiast dzwonić i czekać na ambulans okazała się zbawienna. Początkowo został przez wszystkich nas zbesztany za taką brawurę, bo przecież w takim stanie … wszystko mogło się wydarzyć, ale to właśnie sprawiło, że udało mu się uprzedzić zawał. Nie ma co już teraz tego rozpatrywać. Żyły naprawione, a na to potrzeba było aż dwóch zabiegów i choć było źle, to jak powiedział lekarz, teraz jak tylko pacjent dojdzie do siebie "znów po tych swoich górkach będzie mógł biegać". 
Przekazałam Wasze słowa, pozdrowienia i życzenia zdrowia, za które Mario bardzo Wam dziękuje. Mam nadzieję, że niebawem wróci do domu.



Ja sama padam ze zmęczenia. Stres ostatnich dni sporo mnie kosztował. Dodając do tego zmęczenie i brak snu mam uczucie jakbym za chwilę miała rozsypać się na milion kawałków. Minione dni i takie też będą następne rozciągnięte są pomiędzy szpitalem, lekcjami i … oczywiście Gośćmi. Niestety nie uda nam się zrealizować naszej popisowej grillowej kolacji w ogrodzie przy Santa Barbara. Zamiast tego podarowaliśmy sierpniowym Gościom inne emocje… Niestety życia człowiek nie przewidzi, my sobie ono sobie. 
Tak czy inaczej mam nadzieję, że mimo przykrych wydarzeń marradyjski czas będzie niezapomniany. Jak zawsze staramy się pokazać miejsca niepopularne, spędzić trochę czasu razem przy winie na pogawędkach, a pogoda ku temu sprzyja, bo wciąż gorąco jest jak w lipcu i nic na razie zmian nie zapowiada. Nawiązują się nowe znajomości, chłopcy biorą na siebie rolę przewodników, kiedy ja jestem zajęta, a w zamian korzystają ze spontanicznych lekcji pływania udzielanych przez Gości. 



Dzień na basenie zanim to wszystko się wydarzyło miał być takim małym prezentem dla mnie samej. Przez chwilę nic nie robić tylko cieszyć się ostatnimi dniami wakacyjnego Marradi. Jeszcze tylko tydzień i na basenie zapanuje cisza. Na następne wodne igraszki będziemy musieli czekać do czerwca. Mam nadzieję, że nim nastanie jesień uda nam się choć na chwilę wyskoczyć nad morze ...


ZAWAŁ SERCA to po włosku INFARTO (wym. infarto)

sobota, 26 sierpnia 2017

Szpital i rocznica

fot. Tomek

W przeszłości zdarzyło się już dwa razy, że pod koniec naszego wakacyjnego pobytu Mario  - mówiąc kolokwialnie - wycinał nam "zdrowotny" numer. A to przetrącony bark, a to zasłabnięcie... Żartowaliśmy, że nie cofnie się przed niczym, by na dłużej w Marradi nas zatrzymać. Po tych historiach w istocie musieliśmy swój pobyt przedłużać, bo jak tu człowieka w takiej sytuacji zostawić? 

- Jakbyś się nie zorientował, my od czterech lat już nie wyjeżdżamy, to wcale nie było potrzebne - próbowałam żartować, choć OIOM wcale do tego nie zachęca i dopiero teraz uświadomiłam sobie, że właśnie wczoraj moja noga stanęła w takim miejscu po raz pierwszy.

Nie będę opisywać całego zdarzenia. Za dużo jeszcze we mnie zmartwienia. Dopiero teraz zaczynam dostrzegać sygnały z ostatnich tygodni. Może powinnam się była zorientować już wcześniej, że coś się dzieje niedobrego … 
W każdym razie dobrze, że Mario zachował resztki siły i przytomności, dobrze, że trafił w dobre ręce, dobrze, że natychmiast zawieziono go do szpitala do Ravenny, który może poszczycić się jednym z najlepszych oddziałów cardio w całej Italii i takich "dobrze" było jeszcze kilka. Długa przed nim droga do zupełnego wyzdrowienia, ale najważniejsze, że pożegnał się z terapia intensiva i teraz mam nadzieję, to już tylko kwestia czasu, żeby małymi kroczkami siły odzyskać i dojść do siebie. 
Niestety ta cała historia, obudziła moje uśpione traumy, przywołała stare lęki, które na co dzień staram się trzymać na postronku. Nie jestem jeszcze całkiem spokojna i pewnie nieprędko ten spokój odzyskam.
Jeszcze raz wielkie DZIĘKUJĘ, wielkie GRAZIE za wszystkie słowa wsparcia i otuchy!


A my? My rzeczywiście nie wyjeżdżamy… 
Dokładnie cztery lata temu 26 sierpnia, a był to poniedziałek - dzień targu w Marradi - zapisaliśmy chłopców do szkoły. To jedna z najmilszych rocznic w moim życiu. Wciąż jakby to było dziś, pamiętam te łzy radości i uściski napotkanych marradyjczyków, ten dreszczyk emocji, że to wszystko dzieje się naprawdę. Pamiętam mój post, post o którym myślałam od początku istnienia bloga… I również ten, który go poprzedzał - wzruszam się do dziś. I choć po drodze wiele było problemów, to chyba nie było dnia, bym nie błogosławiła samej siebie za tamtą decyzję. Wciąż aktualne: Italia Amore Mio...  

Dlaczego tak dobrze pamiętam tamtą datę? Dlatego, że to też dzień urodzin Pawia. A zatem jeszcze tu: Paw! Wszystkiego co w życiu najlepsze, a w kontekście ostatnich wydarzeń przede wszystkim zdrowia, zdrowia i jeszcze raz zdrowia! 
  
INTENSYWNA TERAPIA to TERAPIA INTENSIVA

piątek, 25 sierpnia 2017

Dopisuję tu na górze, żebyście mogli przeczytać. JEST DOBRZE!!! Mario wychodzi z OIOMu. Zawał serca go nie pokonał. Jest dobrze i będzie dobrze. Przekazałam jemu wszystkie Wasze słowa wsparcia i przekazuję Wam od niego wielkie GRAZIE. Kiedy wróci do domu napisze osobiście. Ja sama natomiast jutro napiszę więcej, dziś padam za zmęczenia i  tylko dziękuję za tyle wsparcia!

Nie będzie dziś zaplanowanego posta, nie pisałabym pewnie nawet tego, bo nie mam zupełnie głowy, ale i tak czekam w tej chwili bezczynnie, więc przynajmniej kilka słów, by nie zostawić Was bez wyjaśnienia. 
O świcie dostałam wiadomość, która w jednej sekundzie postawiła mnie na nogi. Poproszę Was dziś o ciepłe myśli dla Mario. Z szacunku do jego i tak naruszonej przeze mnie prywatności nie będę pisać nic więcej. Niestety sytuacja jest poważna i nie mam nawet siły, żeby skupić się na tym, co piszę. Mam nadzieję, że dzień przyniesie dobre wieści.

czwartek, 24 sierpnia 2017

"Burza mózgów"


Wiadomo nie od dziś, że w każdym nawet najbardziej sielankowym miejscu znajdzie się coś, co można poprawić, zmienić, ulepszyć. Wiadomo też, że wszędzie jakkolwiek by nie było, znajdzie się ktoś niezadowolony i gotowy do krytyki. Nie każda zmiana będzie miała swoich zwolenników i nie każda też będzie zgodna z pierwotną wizją i założeniami, ale też nie myli się tylko ten, który nic nie robi.
To nie jest post o zabarwieniu politycznym, bo kto bloga śledzi od dłuższego czasu, ten wie, że ja na politykę reaguję alergicznie. Nie jestem z żadnej politycznej opcji. Jestem tylko obiektywnym obserwatorem życia miasteczka, który stara się przyłożyć swoją małą cegiełkę do jego dobrego funkcjonowania. 
Wczorajszy wieczór na placu był nie tylko prezentacją zmian, wykonanych już prac i tych zaplanowanych w najbliższym czasie. To była przede wszystkim możliwość dla wszystkich malkontentów i tych pozytywnie zakręconych wyrażenia swojej opinii i podsunięcia ciekawych pomysłów na to, co jeszcze w gminie można zrobić, aby żyło nam się lepiej. 
Mieszkańcy do "kamiennego" muru przyczepiali karteczki ze swoimi sugestiami dotyczących wszystkich możliwych dziedzin. Jakie będzie echo tego wydarzenia? Przekonamy się w najbliższych miesiącach. 


Oczywiście jak zawsze cały wieczór zaczął się przy stole. Mieszkańcy dopisali tłumnie, tym bardziej że kolację zaoferował sam burmistrz. Były smakołyki, wino i muzyka na żywo, bo w Italii każde nawet polityczno - administracyjne wydarzenie musi mieć odpowiednią oprawę. 



Oczywiście padło kilka pytań dotyczących rozwoju turystyki. Nikt nie chce, żeby Marradi stało się drugim San Gimignano, ale odrobina promocji na pewno nie zaszkodzi, tym bardziej, że miasteczko ma wiele do zaoferowania, a niektóre wydarzenia swoim rozmachem zaskakują nawet samych mieszkańców.   
Czasami piszecie mi albo mówicie przy bezpośrednich spotkaniach, że Marradi powinno mnie ozłocić za reklamę jaką robię miasteczku… Że jestem jego nieoficjalną ambasadorką i rzeczywiście w głębi duszy tak się czuję… Mówicie, że gdyby nie ja, nigdy do Marradi i w wiele okolicznych zakątków byście nie trafili … A ja odpowiem - nikt nic nie musi, ani też ja niczego nie robię dla poklasku. Szczerze mówiąc chyba niewiele osób do tej pory zorientowało się ilu z Was do Marradi zawitało… Mam jeszcze kilka innych przemyśleń, ale te zachowam już dla siebie. Wystarczy mi uścisk na zakończenie wakacji i łzy przy pożegnaniu, wystarczy mi Wasza obecność zarówno w Marradi jak i ta wirtualna na blogu. Miło mi jest kiedy Anna Maria wita mnie wylewnie na ulicy i komplementuje za moje zaangażowanie. 
W pierwszych miesiącach pisania bloga mówiłam o Marradi po prostu "M", ale szybko zrozumiałam, że ta moja demonstracyjna pseudo enigmatyczność niczemu ani nikomu nie służy. Ten blog jest opowieścią o moim codziennym życiu, ale też niekończącym się psalmem pochwalnym na temat tego miejsca…

POMYSŁY to po włosku IDEE (wym. idee) 

środa, 23 sierpnia 2017

Żal, "gdzieś" i letnie tęsknoty



Po Nocy Czarownic rytm miasteczka zaczyna wyraźnie zwalniać. Wyhamowuje jakby chciał przestawić się na jesiennym rytm. Uświadomiłam sobie, że przed nami ostatnie już w tym roku czwartkowe mercatino, że pozostał ostatni tydzień, kiedy mamy otwarty basen i ostatnia niedziela w tym sezonie z czynnym supermarketem. To niestety już w przyszłym tygodniu jest ten dzień, kiedy w górę wystrzelą fajerwerki, żegnając oficjalnie marradyjskie lato 2017. Żal jaki mnie w tym momencie ogarnia jest tak wielki jak wielka była radość 9 czerwca, kiedy ostatni szkolny dzwonek obwieścił wakacje. Choć po chwilowym "ochłodzeniu" nad Italię nadciąga kolejny afrykański upał i znów temperatury będą się ocierać o 40 stopni, to jednak na poniedziałkowym targu pojawiły się pierwsze kurtki i swetry, letnie sukienki powoli lądują na jednym wieszaku podpisanym - sconto... Szlag! A niech to szlag ten Czas Pędziwiatr...


Oczywiście każda pora ma swój urok i we wrześniu też czekają na nas atrakcje. Złoty wieczór w Marradi i przepiękne Feste dell'Ottocento w Modiglianie, a potem oczywiście marroni …  Jednak najsmutniejsze jest to, że wszystko prowadzi nieuchronnie do zimy … Jeszcze transparent z kasztanowym rozkładem jazdy nie zawisł nad ulicą, ale myślę, że to już kwestia dni. Poza tym wolny od szkoły czas zaczynamy już liczyć w tygodniach, a ja tak bardzo jestem szczęśliwa kiedy mam dzieci w domu...

- A może wyciągniemy Mario nad morze - proponuję. - Chciałabym się jeszcze wygrzać na plaży
- Pojedźmy lepiej na jakieś wojażowanie - prosi Tomek.
- Gdzie? 
- Gdzieś. Przed siebie…
- Nawet jeśli przed siebie to i tak musimy zdecydować czy w stronę Toskanii czy Romanii. Tak zupełnie "gdzieś" się nie da.
Ale to Tomka "gdzieś" bardzo mi się podoba. Nie było w te wakacje czasu na nasze ulubione włóczęgi, więc może nim wpadniemy w szkolny rytm jeszcze "gdzieś" zbłądzić nam się uda…
Taką mam przynajmniej nadzieję, a tymczasem dziś znów festa na placu, a w sobotę tortelli w Lutirano, a może po drodze spotka nas jeszcze coś nieoczekiwanego … 

GDZIEŚ to po włosku DA QUALCHE PARTE (wym. da kualke parte)

wtorek, 22 sierpnia 2017

Dawno temu, nie tak dawno


Goście wyjechali. Mała poniedziałkowa chwila we własnym gronie. Każdy zajął się czymś innym. Nagle zrobiło się tak dziwnie cicho… To poczucie ciszy potęgował bar przed domem od kilku dni zamknięty...
Po obiedzie obejrzeliśmy wspólnie zostawione przez Gości zdjęcia i nagrania. Śmiech mieszał się ze wzruszeniem. To niby nie czas jeszcze na podsumowania, bo przecież w drodze następni Goście, a za nimi jeszcze jedni i potem kolejni, ale … ale jednak, jakby nie było …


Obejrzeliśmy kolejny raz zrealizowane przez nas na początku czerwca filmiki i aż w gardle ścisnęło i taki żal przeokropny dopadł, że człowiek miał ochotę się rozpłakać. Ktoś zabrał mi czerwiec i ginestre i Graticolę, czas zdmuchnął zapach lip, zgasił słońce w słonecznikach, ktoś śmiał zaorać pola, wyłączać światło dnia przed 21.00… A ja... Choć przecież w tym roku panuje nam od maja, najzwyczajniej w świecie nie zdążyłam się jeszcze latem nacieszyć! Niektóre wspomnienia zdają się tak odległe, jakby wieki od nich całe minęły. Czerwiec dziś stał się się jakimś odległym "kiedyś tam, dawno temu"…


Na szczęście po dwóch dniach przerwy do Włoch wraca afrykański upał, do którego się w tym roku przyzwyczailiśmy. Niestety za upałem wciąż idzie brak wody. Pomidory uschły, o grzybach można tylko pomarzyć i podobno w niektórych regionach nawet winnice ucierpiały. Z wielu powodów to lato na zawsze pozostanie nam w pamięci...

A tymczasem rodzą się ciekawe pomysły, stają przede mną nowe wyzwania. Jesienny czas, który w końcu nadejdzie mam zamiar dobrze wykorzystać. 

Dobrego wtorku!!

DAWNO TEMU - TANTO TEMPO FA (wym. tanto tempo fa)


Autorami zdjęć są Asia i Michał Cichoccy

Drukuj